artykuł dodany do działu Fotografia prasowa

Porozmawiajmy o zdjęciach

autor

Maria Szczepańska
Artykuł udostępniony przez serwis Laboratorium Reportażu


Rozmowa z Kingą Kenig, fotoedytorem w dziale foto "Gazety Wyborczej".

Robieniem zdjęć zaraziła się na studiach od chłopaka. Myśleniem o fotografii - w Szkole Reportażu. Kinga Kenig od trzech lat pracuje jako fotoedytor w Gazecie Wyborczej: Ta praca to połączenie tego co kocham, czyli fotografii z tym co mnie ciekawi - dziennikarstwem. To pasja na etacie.


Maria Szczepańska: Jesteś fotoedytorem w Gazecie Wyborczej, ale wiem, że również fotografujesz. Które zajęcie cię bardziej pasjonuje?
Kinga Kenig: Mam 30 lat i mniej więcej sprecyzowane, co chcę w życiu robić. To jest fotografia. Ale wcześniej długo nie wiedziałam i krążyłam wokół tego, o co naprawdę mi chodzi. Jednak to przyciąganie jest tak silne, że fotografia jest obecnie dla mnie wszystkim, jeżeli chodzi o życie zawodowe, o profesjonalne spełnianie się i rozwijanie osobowości. Najbardziej pociąga mnie inteligencja wizualna. To jest to, czym żyję! Dlatego pracuję tu, gdzie pracuję. Dlatego jestem szczęśliwa, że mam taką pracę, że codziennie oglądam zdjęcia.

Gdzie twoim zdaniem leży różnica pomiędzy fotografem a fotoedytorem?
Nie wszyscy fotoreporterzy potrafią być edytorami własnych zdjęć, dlatego istnieje ten zawód. W pracy fotoedytora najważniejszy jest dystans. Fakt, że nie było się osobiście na miejscu wydarzenia. Nie słyszało tych dźwięków i nie czuło tych wszystkich zapachów, które towarzyszyły powstaniu zdjęcia. Pozwala to ocenić je na zimno. Patrzy się na samą klatkę, czyli to, co jutro zobaczy czytelnik. A dla niego najważniejszy jest przekaz wizualny. Jako fotoedytor jest się w stanie ocenić to co jest najlepsze, w którym zdjęciu leży synteza wydarzenia. Dlatego fotoedytor jest istotną osobą w powstawaniu jakiegokolwiek materiału fotograficznego.

Ile zdjęć musisz przejrzeć, żeby wybrać właściwe, które odpowiada kryterium dobrego zdjęcia prasowego?
Powiedzmy, fotograf ma temat i robi 200 zdjęć. W redakcji większość fotoreporterów z tych dwustu klatek potrafi wybrać pięć, czy sześć, a ja muszę wybrać to jedno. Najtrudniejsze są sytuacje kiedy jest parę dobrych zdjęć z jednego tematu. Wtedy trzeba szybko ocenić, które zdjęcie jest najwłaściwsze. A nie jest to takie proste kiedy np. są trzy zdjęcia i każdego szkoda odrzucić. W takich momentach polega się na własnym wyczuciu, wrażliwości. Ocenia się zdjęcie pod względem informacji, jaki jest jego przekaz, czy niesie temperaturę zdarzenia. Trzeba cały czas myśleć o czytelniku. Ostatecznie wygrywa zdjęcie, które najpełniej spełnia postawione sobie kryteria. Umiejętnego wybierania zdjęć jest się bardzo trudno nauczyć. To są lata codziennej pracy, tysiące zdjęć, które się ogląda i z którymi się oswaja.

Jak długo pracujesz w dziale foto Gazety Wyborczej?
Od 2002 roku. Nigdzie indziej, nie nauczyłabym się tyle o fotografii prasowej, co w Gazecie Wyborczej. Przede wszystkim mam tu do czynienia z fotografią, którą robi się na szybko. W ogóle, w dzienniku wszystko robi się w innym tempie. Szybko kadruje, szybko wybiera zdjęcia. W dodatku robi się to każdego dnia, od rana do wieczora. Zalew zdjęć, wydarzeń, emocji. W Gazecie mamy poza tym do czynienia z czymś co powstaje specjalnie dla nas. Mamy własnych fotografów w całym kraju, którzy codziennie dostarczają żywy materiał. To jest już rzadkość. Większość gazet korzysta z gotowych zasobów zdjęciowych agencji fotograficznych.

W jaki sposób dostałaś się do gazety?
Akurat potrzebowali fotoedytorów, więc zgłosiłam się i przyjęto mnie.

Czy miałaś wcześniej styczność z pracą fotoedytora, czy po prostu kochałaś zdjęcia od zawsze?
Nie miałam wcześniej styczności z profesjonalną fotoedycją, ale ze zdjęciami, tak. Chociaż fotografią się zajęłam bardzo późno. Byłam na trzecim roku anglistyki, wiedziałam już, że spełnieniem moich marzeń nie jest praca nauczycielki. I nagle odkryłam to. Poszłam do szkoły baletowej, na Moliera, żeby zrobić zdjęcia tancerkom. To jest bardzo wdzięczny i fotogeniczny temat: malarskie światło, gotowa forma i te piękne delikatne dziewczynki. Zrobiłam mnóstwo zdjęć i w ten sposób powstał mój pierwszy fotoreportaż. Z tym materiałem poszłam do Szkoły Reportażu Collegium Civitas (wcześniejsze Laboratorium Reportażu). Na początku byłam pod wpływem czterech mediów. Każdy z profesorów, czyli Maciek Drygas (radio), Andrzej Sapija (telewizja), Andrzej Zygmuntowicz (fotografia) i Marek Miller (reportaż prasowy) chciał przeciągnąć na swoją stronę.

A które z tych mediów kręciło cię najbardziej?
Na początku swoje zainteresowania kierowałam w stronę radia. Później przyszedł czas na pisanie, a następnie - fotografia. W końcu połączyłam jedno z drugim, przestałam robić zdjęcia i zaczęłam pisać o fotografii. I tak się zaczęło. Robienie zdjęć przeszło na drugi plan, a ja zajęłam się studiowaniem historii fotografii.

Czy fotografia interesowała ciebie tylko teoretycznie?
Sama nie wiem, zaczęłam się nią naprawdę żywo pasjonować. Poznawałam też fotografów dużo dla mnie znaczących. Ogromnym przeżyciem było spotkanie z Josefem Koudelką.Elka Król, która organizowała jego wystawę w Krakowie, powiedziała: słuchaj Kinga, będziesz miała ekskluzywny wywiad, tylko musisz się do niego przygotować. Nie było wtedy autorytetów wśród dziennikarzy piszących o fotografii, zresztą nie ma ich do teraz. Być może Elka pomyślała, że studentka Szkoły Reportażu będzie najwłaściwszą osobą do przeprowadzenia tego wywiadu!

Długo się przygotowywałaś?
Oczywiście! Przeryłam wszystko, co było możliwe na temat Josefa Koudelki. Pamiętam, że nawet to zauważył. Kiedy mnie odprowadzał na dworzec powiedział mi, że jest zadowolony, że odrobiłam pracę domową. Że się naprawdę przygotowałam. I dla mnie to była uciecha, że ktoś tak utalentowany mnie pochwalił. Tekst został opublikowany w magazynie "Rzeczpospolitej" i byłam z niego bardzo dumna! Poza tym był moim małym wytrychem do prasy. Od tego czasu udało mi się coś napisać do "Rzepy" jakieś tekściki o fotografii, coś dla "Pozytywu", coś do internetowej Fototapety.
Poza tym w tamtym okresie poznawałam wielu znanych fotografów na festiwalach, np. w Perpignan na południu Francji, gdzie jeździłam zarażona miłością do zdjęć. Miałam to szczęście spotkać we wczesnym etapie mojej przygody z fotografią Witka Krassowskiego. Nie dość, że to jeden z najlepszych polskich fotografów, to w dodatku jest facetem, który naprowadził mnie na tę właściwą, dobrą fotografię. Był strasznie krytyczny, ale był moim guru i bardzo mi pomógł. Kiedy pisałam o fotografii, on inwestował we mnie swój czas spędzając ze mną po kilka godzin na rozmowach o zdjęciach.

Czy twoim zdaniem pisanie o fotografii jest proste, czy wręcz przeciwnie?
Na pewno pisząc o zdjęciach, trzeba znać historię fotografii i wiedzieć, co chce się pisać. Musisz używać przekonujących argumentów. Odwołujesz się do czegoś co już było, zastanawiasz się nad oryginalnością fotografii, jej znaczeniem, przekazem, stylem. Dobry krytyk to osoba wiecznie klucząca w materii, śledząca tendencje i zjawiska. Jeśli się żywo interesujesz fotografią i potrafisz dobrze pisać to poważne trudności pewnie znikają.

Co robiłaś po skończeniu Szkoły Reportażu? W dalszym ciągu pisałaś o zdjęciach?
Pojechałam do Stanów. Miałam tam półroczny staż w archiwum Paula Stranda. Zaczęłam się zajmować starą fotografią, z początków dwudziestego wieku. Studiowałam monografie Paul Stranda, Alfreda Stieglitza, Walkera Evansa. Uczyłam się ich życiorysów poprzez fotografię. Byłam w Stanach w małym miasteczku na północ od Nowego Jorku. Wiocha zabita dechami. Nie było tam nic prócz całej biblioteki dotyczącej Stranda - jego książki, jego negatywy, jego zdjęcia i jego aparaty. Cała szczęśliwa, grzebałam w tym wszystkim. Tak się złożyło, że przez dłuższy czas byłam tam jedyną stażystką. Przyznaję, że dla osoby, która się interesuje fotografią, to było coś naprawdę do pozazdroszczenia!

To było stypendium, czy pojechałaś na własną rękę?
To był zwyczajny staż. Archiwum Paula Stranda należy do wydawnictwa Aperture. Wysłałam aplikację i przez rok starałam się zdobyć staż w którymś z działów wydawnictwa.

Dlaczego tak bardzo ci zależało na wyjeździe?
Wtedy chciałam po prostu wyjechać gdzieś gdzie się myśli o fotografii. A Stany są takim miejscem. Intuicyjnie czułam, że muszę to zrobić. To był właściwy ruch. Amerykanie rzeczywiście cenią fotografię, uczą się właściwych kanonów. To jest kultura oparta na obrazie.

Co robiłaś potem?
Przez krótki czas uczyłam fotografii w Warszawskiej Szkole Fotografii. Miałam tam cykl wykładów o fotografii amyrykańskiej. A później przez zrządzenie losu znów pojechałam do Stanów. Na targach książki we Frankfurcie poznałam mojego przyszłego narzeczonego. Mieszkał w Santa Fe. No i pojechałam do niego. Tak się złożyło, że to też była przygoda ze zdjęciami, ponieważ wydawał piękne albumy fotograficzne. I podczas pobytu u niego, ja po prostu zwariowałam na punkcie albumów! W wydawnictwie obserwowałam jak się projektuje wysokiej klasy albumy, jak się wybiera zdjęcia, jak pracuje z fotografami.

Wróciłaś do fotografowania?
Nie, dużo czytałam i oglądałam. A naprawdę było co podziwiać! On miał taki prywatny uniwersytet jeżeli chodzi o fotografię. U nas w Polsce takich kolekcji nie ma. Jest CSW (Centrum Sztuki Współczesnej), są księgarnie, gdzie możesz pójść i coś sobie obejrzeć, ale to jest ułamek. W dodatku w Santa Fe są warsztaty fotograficzne, sympozja, więc troszeczkę się działo. Przez pół roku żyłam samą fotografią. Nic innego nie robiłam.

Zostałaś w Stanach?
Po pół roku wróciłam do Polski. I zaraz po powrocie na drugi dzień zaczęłam pracować w Gazecie Wyborczej w dziale foto.

Ilu jest fotoedytorów w Gazecie?
Edytorów w całej Gazecie i dodatkach jest około 15. Mamy dyżury i się wymieniamy, np. ja dziś robię Gazetę Stołeczną i siedzę w redakcji do godz. 24. Innym razem przygotowuję zdjęcia do Gazety Świątecznej. Najczęściej pracuję jednak przy głównej Gazecie.

Co robisz, kiedy okazuje się, że jest zmiana w harmonogramie gazety i jeden materiał zdjęciowy trzeba zastąpić innym?
Mamy serwis zdjęciowy. Gazeta ma subskrypcję w Reutersie i AP. Agencje te działają tak sprawnie, że newsy i zdjęcia mamy natychmiast. Oczywiście wolimy, kiedy materiał robi nasz fotoreporter, z gazety, np. ostatni zamach w Londynie pojechał sfotografować Krzysiek Miller. Robert Kowalewski jeździ do Białorusi. Gazeta zatrudnia obecnie ok. 70 fotografów w całym kraju, którzy wyjeżdżają na miejsce najbardziej gorącego wydarzenia w Polsce, czy zagranicą.

Jak podchodzisz do ludzi, którzy są dla ciebie autorytetem w dziedzinie fotografii, kiedy masz z nimi do czynienia w kontaktach codziennych?
Codziennie mam kontakt z fotoreporterami, którzy są naprawdę nieźli. W Gazecie Wyborczej pracuję ich wielu. Pamiętam, że zanim zaczęłam pisać o fotografii, to łaziłam po redakcjach i robiłam takie wywiady jak ty ze mną. I to były wywiady do katalogu Konkursu Polskiej Fotografii Prasowej. Osoby, z którymi wtedy rozmawiałam były dla mnie zupełnie niedostępne. Czułam się przerażona i szczęśliwa jednocześnie, że mogę poznać ten zawód. A teraz już jestem w tym kręgu, więc mam z nimi kontakt profesjonalny, koleżeński.

Czy masz swojego idola fotografii? Interesuje cię jeden rodzaj fotografii, czy w każdym masz po jednym idolu?
Kiedyś byłam bardzo skrajna, jeżeli chodzi o mój gust. Podobała mi się tylko fotografia dokumentalna, np. Josef Koudelka. Piękny, w ogóle nie ustawiany dokument. Poezja w dokumencie. Odrzucałam inne gatunki-fotografia kreowana, ustawiana...
Obecnie jestem bardzo otwarta na różne trendy w tej dziedzinie. Tak naprawdę każda fotografia mnie interesuje, o ile przeszła przez inteligentny umysł. Jeżeli się widziało mnóstwo zdjęć i przeryło historię fotografii, to banał widać od razu. Każdy ma własną definicję czegoś, co jest autentyczne, kiedy naprawdę szczerze przeszło przez ciebie. Na pewno interesuje mnie fotografia autentyczna. Inteligencja osoby wrażliwej, która stoi za obiektywem.

W takim razie musisz być bardzo krytyczna wobec wszystkich fotografii. Czy dlatego przestałaś robić zdjęcia?
Jakiś rok temu znowu zaczęłam fotografować. Ale miałam trzyletnią przerwę. Kiedy wróciłam do fotografii o dziwo, poczułam, jakbym skoczyła parę ładnych stopni wyżej. Wyrabia się oko poprzez samo oglądanie zdjęć i późniejsze wykorzystywanie ich. Bezwzględność przy obcych materiałach przekłada się na własne zdjęcia. Jest się bardziej wymagającym dla siebie. Unika się błędów, które normalnie się popełnia. Na fotografie innych patrzy się zawsze bardziej krytycznie niż na swoje. Gdy oglądam moje zdjęcia na tym samym monitorze, na którym miałam przed chwilą fotografie innych fotoreporterów próbuję myśleć, jakby to był obcy materiał - zupełnie na zimno. Na razie zajmuję się fotografią dla przyjemności, ale jeżeli mam zamiar robić w przyszłości zdjęcia, to praca fotoedytora dała mi ten dar dystansu. Można śmiało powiedzieć, że jestem dzięki niej o parę szczebli wyżej, bo się dużo nauczyłam.
Natomiast nigdy przez samo siedzenie przy komputerze nie wyrobi się stylu własnej fotografii. Trzeba jednak iść na miasto i porobić przez parę lat dużo zdjęć. Wtedy można osiągnąć własny fotograficzny podpis.

Jaki rodzaj zdjęć chciałabyś robić w przyszłości?
Najbardziej bliski mojemu sercu jest dokument. Taki, który się kiedyś ukazywał w amerykańskim magazynie "Life". Fotografia czarno-biała, fotoreportaż. A teraz jak się rozejrzysz po tytułach, to fotoreportażu nie ma. Zresztą moja pracy dyplomowa na koniec Collegium Civitas konkludowała, że fotoreportaż jest już na wymarciu. No i się wykrakało. W prasie nie ma już opowiadania historii samymi zdjęciami, narracji zdjęciowej. Są zdjęcia ilustracyjne. W tygodnikach na przykład przedstawia się większe wydarzania paroma zdjęciami, na dwóch rozkładówkach. Ale zazwyczaj materiał ten nie jest żadnym fotoreportażem tylko relacją zdjęciową.

Czy widzisz w Polsce jakąś gazetę, gdzie możnaby drukować taki fotoreportaż?
W Gazecie jesteśmy idealistami i cały czas próbujemy drukować fotoreportaże i dobrą fotografię dokumentalną. Każdy z nas się uczył na swoim klasyku tych gatunków. Dla mnie są to np. Walker Evans, Robert Frank, Robert Capa, Helen Levitt. Wydaje mi się, że nie ma fotoreportażowego myślenia dlatego, że fotoreportaż prawie się już nie pojawia. A młodzi fotoreporterzy i fotoedytorzy nie mają od kogo się go uczyć.

A w innych magazynach na świecie widujesz jeszcze prawdziwe fotoreportaże?
Są, ale tylko sporadycznie. I często niestety nie są one dobrze łamane. Na świecie brakuje takich grafików i fotoedytorów w jednym, jak, np. Dominique Roynette. To kobieta, która stworzyła makietę Gazety Wyborczej i Wysokich Obcasów. Co roku przygotowuje z nami album fotografii Gazety. Pracuje nad tym od strony graficznej, ale też świetnie zna się na zdjęciach. Inną osobą, która jest absolutnym autorytetem w fotoedycji jest Brytyjczyk Colin Jacobson. Dla niego idealny fotoreportaż to są trzy mocne zdjęcia. Bardzo gęsta i oszczędna historia. Nie znosi przegadanych materiałów. A takich niestety w prasie jest mnóstwo.

W takim razie, gdzie jest miejsce dla czarno-białej fotografii?
Mnóstwo ludzi mówi, że dobra fotografia trafia już tylko do galerii. Jest w tym trochę prawdy. Zdjęcia ukazujące się w prasie muszą być oczywiście dobre ale muszą też spełniać szereg kryteriów zdjęcia prasowego. Fotografia zbyt subtelna, nie mająca jasnego przekazu niestety ma mniejsze szanse na ukazanie się w gazecie. Istnieje pewien filtr. Niestety w gazecie codziennej, a nawet w tygodnikach stawia się głównie na mocną fotografię newsową.

A jak myślisz, gdzie leży granica pokazywania emocji? Czy jesteś zdania, że wszystko powinno się pokazywać, łącznie ze zdjęciami wojennymi, na których widać pełno trupów?
Nie wybieram zdjęć kontrowersyjnych, tylko po to, żeby wywołać szok. To jest ciężki i złożony problem, bo np. my jako gazeta nie epatujemy okrucieństwem. Ale czasami tak jest, że ma się świetne zdjęcie, na którym widać martwą osobę. Wszyscy widzą, że to jest klata i pozostałe przy nim odstają. Poza tym, to zdjęcie ma świetny kontekst, dobrą informację i nie jest przy tym rażące. Tutaj już decyzję podejmuje się w szerszym gronie redakcyjnym. Wybiera się zdjęcie z wydarzenia na pierwszą stronę gazety z założeniem, by niosło ładunek emocjonalny. To ma być szybka informacja, nad którą nie trzeba się zastanawiać, musi walnąć po oczach. Albo walnie graficznie, albo niesie niesamowite emocje: zdziwienie, kwaśną minę polityka, zakłopotanie, radość, smutek.

Jak długo się tego uczyłaś?
Chyba do tej pory mam z tym problem. Dużo czasu zajmuje zrozumienie, czym jest dobra fotografia prasowa. Dla mnie najważniejsza jest oryginalność fotografii. Jeśli fotoreporter potrafi wydobyć z nudy sejmowej jakąś ciekawą scenę czy sytuację to jest sukces. Największy problem sprawia mi jednak nauczenie się zawodowego cynizmu. Czasem do upadłego obstaję przy swoim wyborze. Słyszę: to nie galeria, to nie album fotograficzny. Potrafię to zrozumieć, ale za każdym razem gdy odrzucam świetną fotografię serce mi się kraje.



polecana praca

reklama

poszukaj książki na ten temat Książki związane z tematem
zobacz także więcej tytułów

Propaganda w NRD. Media i literatura

Resortowe dzieci. Media

Reporterzy bez fikcji. Rozmowy z polskimi reporterami

Kruchy lód. Dziennikarze na wojnie

Wywiad z władzą

Portrety. Kreatywna fotografia. (poradnik)


Wpisz tytuł lub autora i wybierz z listy księgarnię do przeszukania.
Po wybraniu księgarni pojawi się przycisk wyszukiwania.

e-wydania E-wydania. Czytaj na komputerze!
zobacz także więcej tytułów

Rzeczpospolita

Przegląd Sportowy

Gazeta Wyborcza

Polityka

W Sieci

Tygodnik Do Rzeczy
zarabiaj Zarabiaj z Reporterzy.info
zobacz także zobacz, kto dzieli się pieniędzmi
Nexto

społeczność

Facebook Twitter Google+ LinkedIn RSS

wspomóż rozwój


współpraca | o autorze | RSS | sklep reportera | usługi finansowe | mapa serwisu | © Bartłomiej Dwornik 2oo1-2o14